wtorek, 4 czerwca 2013

Lakier do paznokci Rimmel Salon PRO 705 Reggae Splash

Dziś zapraszam na krótki wpis prezentujący mój wczorajszy rossmannowski łup. Mowa o morelowym lakierze do paznokci Rimmel Salon PRO nr 705 reggae splash.

Na punkcie lakierów mam niemałego bzika. Wygląda to tak, że nie potrafię nie wyjść z drogerii bez przynajmniej jednej sztuki. Rzadko jednak jestem w pełni usatysfakcjonowana. Tym razem było inaczej- lakier Rimmel w odcieniu Reggae Splash ma w sobie coś wyjątkowego. Obawiam się jednak, że dostrzeżenie tego na moich mocno zmęczonych paznokciach może być nieco utrudnione.


Kolor mnie oczarował. To piękna morela - ani zbyt chłodna, ani zbyt ciepła, taka akurat:)
Mam już jeden lakier z tej serii (od przyjaciółki;)) i jego formuła bardzo mi odpowiada. Mimo dużego pędzelka, lakier można nałożyć precyzyjnie. Kryje przy drugiej warstwie, schnie w normalnym tempie. Trwałość podejrzewam, że będzie znaczna. Kupiłam go w promocji za ok. 13 zł (jego cena z przed obniżki to ponad 18 zł). Butla mieści aż 12 ml lakieru.
Na zdjęciu lakier pokryty jest top coatem od Kobo, który w moim odczuciu dodatkowo wydłuża czas schnięcia całości... ale o nim innym razem.
Wiem już, że będzie to zadecydowanie jeden z moich ulubieńców:)

Pozdrawiam, di!

poniedziałek, 13 maja 2013

Kozieradka czyli jak zagęścić czuprynę i uspokoić cerę



Kozieradka to moje największe odkrycie ostatnich miesięcy. Mimo że informacje na temat cudownych właściwościach tego ziółka obiegły blogosferę już jakiś czas temu, nie mogłabym nie wtrącić swoich trzech groszy. Zapraszam na moją relację z ponad trzymiesięcznego jej stosowania:)

Kozieradkę wcieram w skórę głowy po (prawie) każdym myciu, a także czasami zdarza mi się stosować ją do tonizowania skóry twarzy (mniej regularnie).

Efekty jakie osiągnęłam zawzięcie wcierając kozieradkę w skórę głowy są krzepiące: pojawiła się ogromna ilość bejbików (dla niewtajemniczonych: nowych włosów). Zagęszczenie czupryny jest na tyle widoczne, że zwróciło uwagę przyjaciółki, która twierdzi, że nie widać mi już prawie przedziałka:). Swoją przygodę z kozieradką zaczęłam w krytycznym dla moich włosów momencie, kiedy leciały mi z głowy na potęgę, a spadek objętości włosów był już mocno wyczuwalny. Z pomocą przyszła właśnie kozieradka. W tempie błyskawicznym rozprawiła się z problemem- w ciągu około dwóch tygodni od zaczęcia kuracji włosy przestały wypadać.

Jedyną zaobserwowaną wadą tego specyfiku jest jego zapach, który (nie okłamujmy się) nie należy do najprzyjemniejszych. I to nie tylko moja opinia, zdecydowana większość osób mających do czynienia z kozieradką skarży się na jej specyficzny smrodek.
Jest na to sposób- przygotowywanie każdej porcji bezpośrednio przed aplikacją, lub trzymanie jej w lodówce. Z moich obserwacji wynika, że smrodek zazwyczaj wychodzi na drugi dzień, dotyczy to porcji trzymanych poza lodówką, mimo ich uprzedniego zakonserwowania. Efekty są jednak na tyle spektakularne, że kwestia zapachu schodzi na dalszy tor.

Dodatkowo na korzyść kozieradki przemawia jej cena. Swoją kupuję w sklepie zielarskim i płacę za nią ok 2,5 zł. Opakowanie 50 g starcza na kilka kubków wcierki. Kozieradka ma postać drobno zmielonego żółtego proszku.


Płyn z kozieradki nakładam na skórę głowy pipetką - ten sposób aplikacji jest moim zdaniem najwygodniejszy. Nie zauważyłam wpływu na przetłuszczanie się skóry głowy.


Przygotowanie wcierki również nie sprawia kłopotów:
Do kubka wsypujemy jedną łyżkę stołową kozieradki, zalewamy wrzącą wodą, mieszamy.
Zaparzamy pod przykryciem 15/30 min.
Po tym czasie płyn ostrożnie przelewamy do odpowiedniego pojemniczka (ważne żeby nie mieszać po zaparzeniu- nasionka opadają na dno)

Ja jeszcze dodatkowo konserwuję całość FEOGiem. Jeśli tego nie zrobimy trzymajmy nasz specyfik w lodówce.

Kozieradkę w takiej postaci można także traktować jak tonik i przecierać nią twarz.
Moja cera bardzo dobrze na nią reaguje- jest wyraźnie uspokojona, a pory są ściągnięte. Wiem, że wiele dziewczyn z powodzeniem stosuje ją na trądzik. Cery problematyczne powinny spróbować.

Używacie kozieradki? Jeśli tak, jakie są u Was efekty? Możecie polecić inne sprawdzone wcierki?  

Pozdrawiam, di!

środa, 1 maja 2013

Kremy od Sylveco

Witajcie!

Po dłuższej nieobecności wracam do Was z recenzją dwóch kremów do twarzy, głośnej ostatnio w blogosferze, marki Sylveco.
Bohaterami dzisiejszej notki są:
  • lekki krem brzozowy
  • lekki krem nagietkowy

Opakowanie: higieniczne z pompką mieszczą 50 ml kremu
Dostępność: głównie sklepy internetowe; na stronie Sylveco znajdziemy adresy sklepów stacjonarnych posiadające kosmetyki tej marki
Cena: ok. 25 zł/sztuka

Składy: naturalne, bogate w oleje i ekstrakty
Składy kosmetyków znajdziecie na oficjalnej stronie. Są przetłumaczone na polski, a każdy składnik ma odnośnik do słowniczka. Bardzo duże ułatwienie. Widać, że marka nie ma nic do ukrycia:)

Oba przeznaczone są do stosowania na dzień, ale mają także swoje bardziej treściwe odpowiedniki na noc.
Swoją przygodę z tą marką rozpoczęłam kilka miesięcy temu od kremu brzozowego.
Krem dedykowany jest przede wszystkim skórze suchej, ja jednak poleciłabym ją raczej tym tłuściejszym. Powód? Krem wchłania się do matu- osobiście wolę te, które pozostawiają cienką warstewkę ochronną na skórze. Myślę, że gdyby krem trafił do mnie w tym momencie – byłabym zadowolona. W zimę - kiedy go stosowałam, okazał się za lekki. Krem wchłaniał się tak błyskawicznie, że początkowo miałam problem z dokładnym rozprowadzeniem go. Po prostu znikał:) Przez to wydał mi się dużo mniej wydajny od swojego nagietkowego kolegi, z którym tych problemów nie mam.
Mimo, że wersja brzozowa nie zachwyciła mnie, zdecydowałam się na krem nagietkowy.

Wersja z nagietkiem jest moim faworytem. Dedykowana cerze zanieczyszczonej i z objawami trądziku sprawdza się u mnie świetnie. Nawilża, natłuszcza, koi i pozostawia lekki film na skórze, mając jednocześnie lekką formułę.
Pamiętam, że testowałam kiedyś hydrolat nagietkowy i działanie tego ziółka wpływało zbawiennie na moją suchą, ale skłonną do zanieczyszczeń cerę. Nagietek ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwzapalne, gojące i oczyszczające.
Bardzo ważne jest też to, że żaden z kremów nie zapchał mnie.

Podsumowując mogę polecić oba kremy- wersję brzozową osobom, które lubią lekkie formuły wchłaniające się do matu, a wersję z nagietkiem cerom zanieczyszczonym. Uważam, że piękne składy i rozsądna cena przemawiają na korzyść tych produktów.
Cieszę się, że na rodzimym rynku pojawiła się taka marka jak Sylveco:)
W ofercie jest jeszcze kilka produktów, które mnie kuszą- m.in. wersja rokietnikowa i wersja nagietkowo-brzozowa z betuiną.

Miałyście jakieś kosmetyki Sylveco? Czy możecie polecić inne naturalne kremy?
P.S. Jeśli szukacie naturalnego kremu do twarzy zajrzyjcie też do mojej wcześniejszej recenzji o kremach Alerry KLIK

Pozdrawiam, di 

sobota, 22 grudnia 2012

Poszukiwania zakończone: filtr idealny!



Przez ostatni rok intensywnie testowałam filtry w poszukiwaniu tego ulubionego. „Przerobiłam” takie marki jak Bioderma i la Roche Posay – były wśród nich filtry lepsze i gorsze, jednak żaden nie zagościł w mojej kosmetyczce na dłużej.


Aż do teraz...
Drogie Panie,
pragnę Wam przedstawić
moje filtrowe odkrycie,
przy którym pozostaję, kończąc trudy testowania
przed Wami...
LOREAL UV PERFECT SPF 50 PA+++




Co sprawiło, że tak zawrócił mi w głowie:


  • Jest fotostabilny: Mexoryl SX i XL
  • Posiada wysoki filtr → 50 SPF
  • Sprawdza się doskonale jako baza pod makijaż- zwłaszcza pod minerały. Zwiększa przyczepność makijażu, co widocznie wpływa na jego trwałość- podkład trzyma się na nim cały dzień. Dzięki niemu pożegnałam mój odwieczny problem (uwidaczniający się głównie zimą) suchych skórek oraz ważenia się podkładu na twarzy!
  • Konsystencja jest lekka i szybko stapia się ze skórą. Nie wychodzi w pory, a wręcz wydają się mniej widoczne. Jest niewyczuwalny na twarzy i można nałożyć go naprawdę sporo- ponieważ skóra go chłonie.
  • Świetnie nadaje się na zimę – zabezpiecza cerę przez wiatrem i mrozem. Myślę, że będzie odpowiedni również na lato ze względu na lekką konsystencję.
  • Optycznie poprawia wygląd cery- lekko ją ujędrnia i napina. Jest taka sprężysta i wypoczęta. Czasem zdarza mi się wyjść w nim solo- lekko tylko pudrując twarz pudrem bambusowym dla wyeliminowania świecenia się skóry.
  • Efekt świecenia jest obecny, w końcu to filtr. Po nałożeniu minerałów nie potrzebuję już matować całości (możliwe, że w lato będzie to jednak konieczne). Lubię ten efekt lekkiego rozświetlenia.
  • Nie zapycha!
  • Nie jest drogi- za 30 ml zapłacimy 14 zł (+ koszty wysyłki)
  • Jedynym minusem jest tubka. Produkt dość ciężko z niej wycisnąć. Byłoby zapewne łatwiej gdyby filtr był przechowywany w pionie. Tubka jest jednak źle wyważona i ciągle się wywraca. Ale to szczegół.
  • Filtr dostaniemy tylko w internecie, ponieważ produkt przeznaczony jest na azjatycki rynek. Ja swoją tubkę nabyłam na Allegro.



Po niniejszej odzie do filtra Loreal, nie muszę już chyba pisać, że polecam ten produkt:)
Pozdrawiam!

Moje inne recenzje o filtrach możecie przeczytać TU, TU i TU

środa, 19 grudnia 2012

Bubelki od My Secret



Dzisiaj krótki wpis o moim ostatnim niezbyt udanym zakupie- eyelinerach od My Secret.

Rzadko kiedy trafiam na produkty, z których nie jestem zadowolona. Decyzja kupna zapada zazwyczaj po poprzednio przeprowadzonym researchu. Tym razem pozwoliłam sobie na spontaniczne zakupy. W amoku, który ogarnął mnie pod szafą My Secret wrzuciłam do koszyka dwa eyelinery.

Eyelinery zwabiły mnie pięknymi kolorami. Jeden to zieleń wpadająca w morski odcień (nr 10) a drugi ma kolor śliwki (nr 11), był jeszcze trzeci - bajecznie cukierkowo różowiutki, na którego jednak się nie zdecydowałam.
Niestety eyelinery zupełnie się nie sprawdziły. Już po pierwszej aplikacji żałowałam tego zakupu.

Tak jak pisałam, kolory niezwykle przypadły mi do gustu, na tym jednak zalety kosmetyku kończą się.

nr 11
Wady:

Pędzelek:
Jest za długi i za cienki. Gnie się we wszystkie strony i nie sposób nim precyzyjnie umalować oko.

Zmywanie kosmetyku:
Niewykonalne, produkt zbija się w kuleczki, które przyczepiają się wszędzie tylko nie do wacika. Większość kosmetyku wylądowała w oczach...

Czy może być gorzej?
Niestety tak: produkt jest wyczuwalny na powiece! Chwilę po wyschnięciu eyelinera powieka w miejscu kreski ściąga się i tak już pozostaje. To bardzo nieprzyjemne wrażenie dyskwalifikuje ten produkt.

nr 10

Na szczęście eyelinery nie były drogie, kosztowały ok 8zł/sztuka. Co nie zmienia faktu ze wolałabym te pieniądze przeznaczyć na coś, czego od razu nie cisnęłabym w kąt. Nie polecam.

Dziewczyny, możecie polecić jakieś fajne kolorowe eyelinery?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Serum własnej roboty: przeciwtrądzikowo- antyoksydacyjne


Ostatnio stan mojej cery wyraźnie się poprawił. Pożegnałam zaskórniki i buzia prezentuje się prawie idealnie:) O swojej pielęgnacji pisałam już tutaj. Nic się w niej diametralnie nie zmieniło oprócz wprowadzenia serum własnej roboty, którego będzie dotyczył dzisiejszy wpis.

Nie twierdze, że efekt jaki osiągnęłam zawdzięczam jedynie serum. Zbieram raczej żniwa długotrwałego działania na cerę w sposób konsekwentny i przemyślany, a serum jest jedynie wisienką na torcie:)
Jeśli temat Was zaintrygował, zapraszam do posta:)

Serum przeciwtrądzikowo- antyoksydacyjne
Jak możecie zauważyć na zdjęciu prezentującym efekt końcowy to serum dwufazowe bez emulgatora, dlatego faza olejowa i wodna widocznie się od siebie oddzielają. Przed użyciem najeży wstrząsnąć, by fazy się połączyły. Dzięki wadze wszystkie składniki serum mogłam dokładnie odmierzyć. Skład serum jest krótki i ukierunkowany przede wszystkim na działanie przeciwtrądzikowe. Wykonałam go 25 gram- nie za wiele, ponieważ jest to moje pierwsze serum i nie miałam pewności do przepisu, który skomponowałam samodzielnie.
I Faza wodna:
hydrolat oczarowy (lub woda destylowana) 8g
kwas hialuronowy 1,5% 5g

II Faza substancji czynnych:
aloes zatężony 10krotnie 2g
mleczan sodu 2g
ekstrakt z zielonej herbaty 1g

III Faza olejowa:
olej z pachnotki 3g
olej słonecznikowy 3g

IV Liposomy:
ekstrakt przeciwtrądzikowy 1g

V Faza
kilka kropli olejku lawendowego
konserwant


Wykonanie:
Najpierw połączyłam hydrolat z kwasem hialuronowym. Następnie dodałam aloes, mleczan i ekstrakt z herbaty. Potem wlałam oleje i ekstrakt przeciwtrądzikowy. Na końcu wzbogaciłam serum kilkoma kroplami olejku eterycznego i konserwantu.
Serum przechowuję w lodówce. 

Efekty:
Serum działa tak jak powinno:) Nie pojawiały się nowe niespodzianki, wszystkie niedoskonałości szybciej się goiły. Zaskórniki zamknięte poznikały! Ten efekt prawdopodobnie zawdzięczam ekstraktowi przeciwtrądzikowemu z ZSK.
Olejek lawendowy nie tylko wzbogacił serum o piękny zapach, ale dodatkowo działa m.in. przeciwbakteryjne, przeciwzapalne, przeciwtrądzikowe. Stosuje się go w leczeniu trądziku, gdyż zabija bakterie, które powodują infekcje skórne, równocześnie wygładza ją, reguluje produkcję łoju, zapobiega występowaniu blizn. Stymuluje wzrost nowych komórek, tworzenie się nowej tkanki.(cytat ze strony ZSK)

Olej z pachnotki i olej słonecznikowy są bardzo lekkimi i niekomedogennymi olejkami. Olej ze słoneczników nie powoduje powstawania zaskórników oraz działa przeciwrodnikowo. Pachnotka zaś hamuje rozwój bakterii Propionibacterium acnes wywołujących trądzik młodzieńczy.

Serum ma działanie ujędrniające i anti-age dzięki ekstraktowi z zielonej herbaty- skóra była nawilżona i lekko napięta. Sprawiała wrażenie wypoczętej o zdrowym połysku.
Aloes ma bardzo wszechstronne działanie, m.in. przeciwzapalne i gojące, a także likwiduje przebarwienia.
Mleczan sodu silnie nawilża, nie dopuszcza do silnego wysuszenia skóry, ma także właściwość przeciwbakteryjne.
Jedynym odczuwalnym minusem jest to, że serum lekko się klei, dlatego bardziej nadaje się na noc.
Miałam problem z rozpuszczeniem ekstraktu z zielonej herbaty- stąd te grudki.
Poza drobną wpadką z ekstraktem z zielonej herbaty swoje pierwsze serum zaliczam do bardzo udanych mikstur:)

Sięgacie po serum? Stosujecie te własnej roboty czy kupne?
Pozdrawiam!


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Listopad – podsumowanie miesiąca.


Zapraszam na wpis podsumowujący miniony miesiąc. Na początek standardowo kosmetyki, które pożegnałam, dalej nowości, a na koniec niekosmetycznie.
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na intensywnym pisaniu pracy magisterskiej, kara za niedotrzymanie terminu była na tyle duża, że skutecznie odciągnęła mnie innych obowiązków oraz od przyjemności (w tym przede wszystkim od bloga). Część formalności już załatwiona, dlatego powinnam mieć więcej czasu i liczę, że przełoży się to na ilość nowych wpisów:)


Zacznijmy od zużyć:


Krem przeciwzmarszczkowy na dzień z wyciągiem z dzikiej róży
Mój ulubieniec, z przyjemnością będę do niego wracać. O kremie pisałam TU.

Hydrolat oczarowy ze sklepu Naturalis

Brzydko pachniał i mocno ściągał skórę- bardzo nie lubię tego uczucia. Z ratunkiem przyszedł niacynamid. Dzięki wzbogaceniu hydrolatu tym składnikiem aplikacja stała się dużo bardziej komfortowa + kosmetyk zyskał dodatkowe właściwości antyoksydacyjne. Wersji oczarowej nie kupię ponownie.

Maska Alterra. Granat i Aloes

Dobra maska z naturalnym składem, moje włosy pozostały jednak obojętne na działanie kosmetyku. Niemniej jednak moje włosy należą do rodzaju kapryśnych i odżywek/masek, które robią na nich wrażenie można policzyć na palcach jednej ręki. Obecnie nie planuję ponownego kupna, jednak nie wykluczam, że kiedyś wrócę do tej maski.

Oriflame, miód do ust
Nie sądziłam, że kiedyś go skończę:) bardzo go lubię, być może kiedyś do niego wrócę.

Lovely, tusz do rzęs Spectacular Me

Moje ostatnie odkrycie (dzięki Milly). Robi cuda na moich krótkich i prosty rzęsach. Wydłuża, podkręca, nie skleja. Cudo! Stale w mojej kosmetyczce.


Nowości w kosmetyczce:


Sally Hansen, preparat do usuwania skórek

Jestem po pierwszej aplikacji i zapowiadanego efektu wow nie doświadczyłam.

Eveline, odżywka 8w1

Mimo syfiastego składu nic nie robi moim paznokciom lepiej. Dobre SOS.

Wibo, lakier, Express Growth nr 395
Ogólnie uwielbiam te lakiery. Tutaj jestem rozczarowana kolorem, szukałam czegoś bardziej wpadającego w bordo.


Loreal, filtr UV PERFECT 50 SPF

Czyżby filtr idealny? Na to wygląda:) Poświecę mu osobną recenzję.

Apis, krem nawilżający z arbuzem i kwasem hialuronowym, SPF 15
Chyba niestety to nie to. Więcej w oddzielnej recenzji.


Maść nagietkowa
Groszowa sprawa, a bardzo dobrze radzi sobie z przesuszonymi ustami.

Lips, maść na zajady
Sama nie wiem... Niestety problem zajadów często mnie dotyczy i jestem w trakcie szukania pomocnych w walce z nimi specyfików. Jeśli macie coś sprawdzonego, koniecznie dajcie znać:)

Kiedy zaczynają grzać kaloryfery zaczynają się moje problemy z przesuszonymi ustami. Jako fanka malowania ust, stanowi to dla mnie duże utrudnienie. Każdy przyzna, że popękane, suche usta nie prezentują się dobrze w towarzystwie szminki. Jeśli macie jakieś sprawdzone sposoby na utrzymanie nawilżenia ust w ryzach chętnie się o nich dowiem.


Miss Dior Cherie, EDT
Wraz ze zmianą pory roku, postanowiłam zmienić zapach. Zawsze preferowałam nuty cytrusowe, dlatego raczej słodkie Cherie są dla mnie duża odmianą. Na szczęście ten zapach bardzo przypadł mi do gustu:)


Z racji ostatnich Rossmannowskich przecen na kolorówkę wrzuciłam do koszyka:
tusz Wibo, z którym nie zamierzam się póki co rozstawać.
Zdecydowałam się też na dwie szminki Wibo Eliksir. Cena za obie nie wiele przekraczała 10 zł, (co usprawiedliwia niezwykle tandetne opakowanie). Wcześniej upatrzyłam sobie dwa numery: jasny, pastelowy róż 06 i najciemniejszy kolor 09. Początkowo nie byłam przekonana do transparentnego wykończenia szminek (jestem przyzwyczajona do tych mocno kryjących). Po aplikacji dostrzegłam jednak ogromne plusy takiej formuły. Łatwo się nimi pomalować, można stopniować efekt i co najważniejsze szminki świetnie nawilżają usta i kryją przesuszenia! Wydaje mi się, że ze wszystkich moich szminek to właśnie Wibo Eliksir zostaną moimi najlepszymi zimowymi przyjaciółmi:)

od lewej 06 i 09

Pozwoliłam sobie zaszaleć, za to grudzień będzie miesiącem zakupowej(pod kątem kosmetyków) ascezy, z racji wielu okazji jakie mnie w tym miesiącu czekają:)


Wiele moich planów w tym miesiącu legło w gruzach z racji kilku infekcji jakie mnie dopadły. Były to plany głównie filmowe. Te, o których wato wspomnieć i które udało mi się zrealizować to:

Jesteś Bogiem
Bardzo dobry, moim zdaniem, film ukazujący historię grupy Paktofonika i perypetie życiowe jej członków. Porywająca historia ze świetną muzyką, nie tylko dla fanów zespołu.


Festiwal Kina Niemego w Iluzjonie z muzyką graną na żywo (Warszawa)
Tego festiwalu oczekuję z niecierpliwością co roku. Tegoroczna edycja była moją trzecią. Jest to specyficzne kino, które na pewno nie przyciąga dużej publiczności. Jest bardzo emocjonalne, pełne ekspresji dziś wyrażanej już zupełnie innymi środkami.
Razem z P. wybraliśmy się na Upadek domu Usherów. Do filmu grał w klimacie rocka/metalu progresywnego Paweł Penksa i jego aranżacja bardzo przypadła mi do gustu.
Fajnie czasem odbyć taką podróż w czasie:) Polecam osobom, które szukają w kinie czegoś nietypowego.

Poza tym warto odwiedzić Iluzjon, dla jego pięknej architektury, która po ostatnim gruntownym remoncie z brzydkiego kaczątka przemieniła się w efektownego łabędzia. Budynek zyskał też nowy neon. Wnętrze zmieniło się nie do poznania- wcześniej ciemno i nijako dziś przestronnie i jasno. Cudo!  

Pozdrawiam!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Liebster blog TAG



Dzisiejszy wpis jest odpowiedzią na taga od Tuśki- dzięki!:)

Zasady TAG-u: Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

Poniżej moje odpowiedzi na pytania Tuśki:

1. Film do którego wracasz, bo wywołuje na Twojej twarzy uśmiech:

Klątwa skorpiona, Wall-e, Forrest Gump, Cztery wesela i pogrzeb

2. Twój ulubiony zapach- mogą być perfumy, zapach konkretnego kwiatu, ciasta itp.?

Zapach lasu:)

3. Jakie miejsce w Polsce chciałabyś odwiedzić, ale jeszcze nie miałaś okazji?

Mam dwa takie miasta, w których wprawdzie już raz byłam, ale na tak krotko, że można uznać, że właściwie w nich nie byłam;) bardzo chciałbym wrócić do Łodzi i Wrocławia.

4. Kolor w makijażu- na co dzień, tylko od święta, czy raczej w ogóle?

Na co dzień, ale nie codziennie.

5. Jest jakaś książka, przez którą „zarwałaś noc”?

Oczywiście! Przede wszystkim: każda z części Harrego Pottera, saga Georga R.R. Martina Gra o Tron, Starcie Królów a teraz Nawałnica Mieczy (moim zdaniem najlepsza część do tej pory!), Ojciec Chrzestny, Dziwny przypadek psa nocną porą

6. Idealne śniadanie to dla Ciebie…?

Jajka na miękko, grzanki opiekane w jajku, fasolka w sosie pomidorowym na sposób angielski- jednym słowem śniadanie konkret!

7. Jak wyglądałaby Twoja wymarzona sypialnia?

Wielkie łóżko, ciepłe oświetlenie, miękki puchaty dywan,
 ściany w kolorze pudrowego różu i dużo zdjęć na ścianach

8. Czy jest jakiś kosmetyk, który chciałabyś wypróbować, ale cena skutecznie Cię odstrasza?

Odżywka do rzęs Lashfood Nano Peptide- cena 330 zł. Podobno działa cuda… może rozpracuję jej skład i ukręcę coś na jej wzór?

9. Jesteś typem skowronka, czy sowy?

Sowy, zdecydowanie.

10. Jak najczęściej spędzacie czas z przyjaciółmi

Z przyjaciółkami najczęściej spędzamy czas przy szamie (domowej lub knajpianej) gadając do upadłego i nigdy nie mając dość:) ostatnio do naszych spotkań wkradła się gra karciana Ligretto i wszystko wskazuje na to, że stanie się nieodłącznym elementem tych spotkań.

11. Czy masz jakiś jeden sprawdzony kosmetyk do którego stale wracasz?

Mydło z Aleppo, biała glinka, produkty Babydream, tusz do rzęs Oriflame Wonder.

Taguję: Milly z bloga trasa warszawa-kraków, Cathy z naturalnie-mineralnie, Łojotokową głowę, Angel-a z bloga Angel’s hairs, wings and dreams oraz Italianę z bloga Italiany biochemiczny zakątek a osoby nie posiadające blogów zachcam do odpowiadania w komentarzach:)

Moja pytania do Was dziewczyny:

1. Kosmetyczna wpadka.

2. Z jakim bohaterem literackim/filmowym/serialowym się utożsamiasz?

3. Ulubiona potrawa.

4. Autorytet z lat dzieciństwa.

5. Sposób na chandrę.

6. Ulubiony sposób spędzania wolnego czasu.

7. Ulubiona blogerka.

8. Sentyment z dzieciństwa (bajka, zapach, zabawka, itp.)

9. Humanista, artysta czy umysł ścisły?

10. Ulubione półprodukty do pielęgnacji z kuchni.

11. Ideał włosowy do którego dążysz? (opis wymarzonych włosów lub włosy konkretnej osoby)


Pozdrawiam!

czwartek, 8 listopada 2012

Focus na na usta: ulubione szminki !


Pierwszy wpis z kolorówki  na blogu, będzie dotyczył ulubionych szminek z mojej kolekcji. Wszystkie, jak będziecie mogły zauważyć poniżej prezentują kolory intensywne, bo takie należą do najczęściej przeze mnie noszonych.
Bardzo lubię akcentować mocno właśnie usta. Najlepiej czuję się w intensywnych odcieniach różu wpadających w fuksję, co nie oznacza, że ograniczam się tylko do takich kolorów.
Pokażę Wam swatche pięciu ulubionych szminek. Kolorów nie udało mi się odwzorować idealnie. Najbliżej prawdy jest zdjęcie ostatnie, prezentujące próbki kolorów na ręce. Zapraszam:)


Kobo, 108 Fuchsia
Intensywna, czysta fuksja, szczególnie ten kolor lubię nosić w lato.

Oriflame, Giordani Gold, Sweet Orchid
Moja pierwsza bardziej wyrazista szminka. Mam do niej ogromny sentyment:) Lekko wpada w fiolet za co ją uwielbiam!

Rimmel, 016 Heart Breaker
Malina? Kolor pomiędzy różem a czerwienią (wybaczcie nie jestem najlepsza w określaniu kolorów). Oszalałam na jej punkcie od pierwszego pomalowania:) Podarunek od przyjaciółki.

Kobo, 106 Deep Wine
Kolor ciemnego wytrawnego wina, piękny, odważny, zobowiązujący.
Półki co nie odważyłam się w nim wyjść;)

Catrice, 060 Oh Juicy!
Moja ostatnia zdobycz. Sporo się za tą szminką nachodziłam, ale było warto:)
Wspaniała pomarańcza! Bardzo ciepły i orzeźwiający kolor:)


Chętnie poczytam o Waszych ulubionych szminkach. Możecie coś polecić? Na ustach wolicie nosić róże czy czerwienie? Pozdrawiam!

wtorek, 6 listopada 2012

Podsumowanie miesiąca & nowa wcierka & miejsca warte uwagi


W tym miesiącu udało mi się zużyć kilka produktów. Zapraszam na krótkie recenzje.

Włosy:

Szampon Babydream
mój osobisty KWC:) do tej pory nie znalazłam nic lepszego. Świetnie myje, nie obciąża, a moje cienkie włosy są na to podatne. Jeśli chodzi o ich plątanie- jego często wysuwaną wadę, moich włosów ten problem nie dotyczy. Do tego produkt kosztuje grosze. Kupię ponownie.

Odżywka Alterry, Przenica i Morela
Odzywka cieszy się duza popularnością w blogosferze, u mnie szału nie zrobiła. Raczej nie kupię ponownie, chociaż nie jest to zły produkt.

Twarz:

Biochemia, Hydrolat z kwiaru pomarańczy
Zwyczajny hydrolat, pomarańczą niestety nie pachniał. Przy tak wielkim wyborze tego typu produktów na rynku i mojej ciekawości testowania nowych, nie kupię ponownie, a jeśli będę chciała sięgnąć po coś sprawdzonego wybiorę wspaniały hydrolat z rumianu szlachetnego:)

Filtr Biodremy, Photoderm AKN Mat 30 SPF
Przyzwoity produkt, będę do niego wracać. Pisałam o nim TU.

Ciało:

Płyn do higieny intymnej, Facelle
Absolutny hit blogosfery wykorzystywany głównie jako łagodny szampon do włosów. U mnie takie zastosowanie się nie sprawdziło- włosy były obciążone. Zużyłam go do mycia ciała – łagodny skład bez SLS nie wysuszał mi skóry. Jedynie zapach może drażnić co wrażliwsze nosy. Jako żel do mycia ciała kupię ponownie.

Isana, Krem do rąk z mocznikiem 5%
W tym przypadku produktu również nie używałam tylko zgodnie z przeznaczeniem- dużo lepiej sprawdził się w roli kremu do stóp. Bardzo ciężka konsystencja skłania do zakupu raczej w chłodniejszą porę roku. Dłonie smarowałam nim głównie na noc. Możliwe, że kupię ponownie.



Poza tym byłam zmuszona pozbyć się wcierki, o której pisałam Wam TU. Wydaje mi się, że przekombinowałam ze składnikami. Efekt- mieszanka szybko zaczęła śmierdzieć i bałam się ją stosować na skórę głowy.
Postanowiłam nie poddawać się i ukręciłam coś bardzo prostego: wcierkę z wody brzozowej i kilkunastu kropli olejku rozmarynowego. Taka receptura zupełnie nie obciąża włosów, dlatego wcieram ją w skórę głowy po każdym myciu. Woda brzozowa może wręcz przedłużać świeżość naszego skalpu:) Kupicie w każdym Rossmannie za grosze. Dzięki niej włosy staną się mocniejsze. Olejek rozmarynowy nie dość, że pięknie w takiej mieszance pachnie, pobudza wzrost włosów.

Chciałabym jeszcze nadmienić o dwóch niekosmetycznych ulubieńcach tego miesiąca. Pomysł wziął się od Tuśki i uważam go za bardzo inspirujący:)

W październiku razem z przyjaciółką miałam okazję odwiedzić Łódź Design Festival.
Festiwal zajął 4 piętra wystawowe. Tematem przewodnim tegorocznej edycji była ŚWIADOMOŚĆ i prezentowany design odnosił się w większości do ekologicznych trendów w projektowaniu. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, ponieważ ciekawych przedmiotów było naprawdę sporo. Czuję, że ten festiwal na stałe wpisze się do mojego kalendarza :) 




W październiku razem z TŻem wybraliśmy się do nowo otwartej tureckiej restauracji SOFRA (Warszawa, róg Wilczej i Emili Plater). Sofra w języku tureckim oznacza duży stół, przy którym można wspólnie biesiadować. Taki duży stół znajdziemy w rzeczonej knajpie. Usytuowany w centrum, otoczony jest przez mniejsze stoliki. Przychodzimy bez rezerwacji, ale bez problemu dostajemy dwuosobowy stolik z widokiem na ulicę. Z czasem knajpa zapełnia się. Kelnerka myli się przy prawie każdym przynoszonym daniu, ale nie wpływa to negatywnie na naszą ogólną ocenę tego miejsca. Może ze względu na jej miłe usposobienie, ale przede wszystkim chyba dlatego, że jedzenie w pełni te małe błędy rekompensuje. Szczególnie polecam bakłażany- zarówno te na zimno podawane jako przystawka jak i te zapiekane, faszerowane mięsem- dosłownie rozpływają się w ustach! To była wspaniała uczta w przystępnej cenie. Na pewno nie raz tam wrócimy:)  

                                                                                                                   zdjęcie froblog (wklejone za pomocą url)

I to chyba tyle. Pochwalcie się swoimi ulubieńcami miesiąca, również niekosmetycznymi:) 

niedziela, 14 października 2012

Kika słów o promieniowaniu UV + recenzja filtra Bioderma AKN MAT 30 SPF


Promieniowanie UV jest bardzo silnym czynnikiem zewnętrznym, który istotnie wpływa na procesy starzenia skóry. Mamy 3 typy promieniowania UVA, UVB i UVC, z których ostatnie właściwie nie przenika przez warstwę ozonową atmosfery. Przyjrzyjmy się zatem dwóm pozostałym.
Promieniowanie UVB wywołuje zaczerwienienie cery, a w konsekwencji zmianę pigmentacji naszej skóry czyli opaleniznę. To promienie UVB odpowiedzialne jest za oparzenia słoneczne, starzenie się skóry oraz jej nowotwory.
Promieniowanie UVA penetruje nasza skore znacznie głębiej niż UVB.
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że jego natężenie nie zmienia się w ciągu dnia, jest takie same od rana do wieczora, niezależnie od pogody czy pory roku. Zimą jest na równi intensywne jak latem. Przenika przez chmury, szyby okienne i samochodowe!

Niefajnie prawda?

Dlatego, mimo że lato minęło i w naszej strefie klimatycznej nie jesteśmy narażeni na poparzenia słoneczne, warto ze względu na wszechobecne promieniowanie UVA włączyć filtry do naszej całorocznej pielęgnacji.
Ponadto liczne w tych kremach silikony (nie taki diabeł straszny…) tworzą coś w rodzaju tarczy ochronnej, świetnie zabezpieczając przed wiatrem i chłodem. Pamiętajmy o dokładnym ich zmywaniu - pewnym demakijażem ciężko zmywalnych filtrów jest metoda OCM (oil cleansing method).

Jeśli jesteście ciekawe co myślę o filtrze Biodermy AKN MAT 30 SPF zapraszam na recenzję.

Filtr ten zbiera bardzo dobre recenzje na Wizażu, moja również będzie miała udział w budowaniu jego pozytywnego wizerunku:)

Opakowanie i pojemność: 40 ml kremu zamknięte w poręcznej, smukłej tubce.

Koszt: Ta przyjemność kosztowała mnie ok. 50 zł /sklep internetowy

Najważniejsze obietnice producenta: krem przeznaczony jest do cery trądzikowej, ma mieć matowe wykończenie i nie powodować powstawania zaskórników.

Moja opinia: decydując się na ten krem nie łudziłam się, że będzie miał matowe wykończenie. Antonimem słowa filtr, jaki pierwszy przychodzi mi do głowy, jest właśnie mat :D mimo mojego sceptycyzmu krem nie wypada na tym polu źle. Można nałożyć solidną porcję filtra i ukryć błysk pod warstewką makijażu mineralnego lub/i pudru bambusowego (filtr jest fotostabilny – Tinosorb M=inci Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol)
Krem jest lekki, szybko się wchłania, a nowe zaskórniki i inne niespodzianki nie pojawiają się.
Sprawdza się w roli bazy pod makijaż, dobrze trzyma się twarzy, nie roluje się, nie waży, nie bieli.

Same zalety prawda? Bo to wyjątkowo dobry filtr, z odpowiednio wysokim faktorem na chłodniejsze miesiące.
Wady? Dwie: jedna błaha, ale upierdliwa - mianowicie zamknięcie tubki jest jednocześnie jej podstawą. W związku z tym trochę filtra wycieka na wewnętrzną stronę zatrzasku, brudzi go i zasycha. Otwór jest trochę za szeroki, na jego dość wodnistą konsystencję - łatwo wycisnąć za dużą porcję. Wiąże się z tym mała wydajność kremu (to już druga wada). Złapałam się na tym, że szybko zaczełam męczyć tubkę przy próbie wydostania zawartości. 

Podsumowując: jest to filtr, do którego na pewno będę wracać (tak, testuję dalej:)) i ze spokojnym sumieniem mogę go Wam polecić. Bioderma trzyma poziom, to chyba najlepszy filtr z jakim miałam do tej pory do czynienia.

Jeśli szukacie czegoś dla siebie zapraszam także do innych moich recenzji filtrów TU i TU