Cena, pojemność i opakowanie: Lirene 12 zł/250 ml - opakowanie z wygodna klapką
Bielenda 14zł/200ml - odkręcany słoiczek, może mniej higieniczny, ale dokładnie widać ile jest produktu i w jakim tempie ubywa.
(ceny podpatrzyłam na Wizażu, ponieważ nie pamiętam ile produkty dokładnie kosztowały)
Dostępność: drogerie Rossmann, Natura
Wydajność: duża
Lirene oferuje nam dwie wersje kolorystyczne: Cafe Latte dla jasnej karnacji i Cafe Mocha dla ciemnej. Używam tej drugiej (mam średnio jasny odcień skóry, opalam (a właściwie opalałam) się na kolor oliwkowy), dziewczynom z bardzo jasna skóra polecam zacząć od wersji dla jasnej karnacji.
Efekt - W obu przypadkach zauważalna opalenizna pojawia się już po 2 do 3 aplikacjach i utrzymuje się na skórze kilka dni. Schodzi równomiernie, w niezauważalny sposób. Oba balsamy nie pozostawiają na ciele smug. Widzicie, że zamierzony efekt można osiągnąć bardzo szybko. W przypadku LIRENE efekt jest bardzo naturalny! Przyjaciółki często zwracały uwagę na moja opaleniznę, podkreślając ze wygląda bardzo naturalnie. Opalenizna jaka pozostawia Bielenia jest dużo mniej atrakcyjna – niestety wpada lekko w pomarańczowe tony, co widać przede wszystkim na nogach.
Aplikacja i konsystencja- przy Lirene trzeba się trochę namachać, balsam dłużej się wsmarowuje i wymaga większego zaangażowania:) Bielenda natomiast ma idealną konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Niestety ma jedna istotną wadę - złote drobinki. Może nie należą do nachalnych, ale mi osobiście przeszkadzają, wołałabym żeby ich nie było.
Zapach- niezaprzeczalnym faworytem jest w tej kategorii Bielenia- nie wyczuwam charakterystycznej woni jaka towarzyszy produktom tej kategorii, a mój nos jest na to baaaardzo wrażliwy. Lirene radzi sobie trochę gorzej. Początkowo ma silnie kawowy zapach, który bardzo mi odpowiada. Jednak po godzinie zaczyna wychodzić lekki, ale wyczuwalny smrodek. Jest na tyle delikatny, że jestem w stanie go zaakceptować.
Skład i nawilżanie- niestety oba balsamy posiadają w swoim składzie parafinę. Lirene ma ją na drugim miejscu w składzie, a Bielenda na czwartym. Lirene nie nawilża skóry dostatecznie i po kilku dniach stosowania pozostawia ją lekko przesuszoną. Brązujący efekt zapewnia KAWA i BETA KAROTEN. Bielenda ma bogatszy skład. Znajdziemy tam masło kakaowe, olej macademia czy olej palmowy. Za przyciemnienie skory odpowiada m.in. wyciąg z ORZECHA WŁOSKIEGO. Bielenda odpowiednio nawilża co w tego typu kosmetykach jest rzadkością.
Podsumowanie: balsam od Bielendy to przyzwoity produkt z ładnym składem, dla osób bardzo wrażliwych na nieprzyjemną woń opalaczy. Nie zdetronizuje jednak Lirene, który gwarantuje piekną opaleniznę w krótkim czasie. Zużyłam już wiele opakowań co mówi samo za siebie. Z czystym sumieniem mogę polecić ten produkt!
Używacie balsamów brązujących? Chętnie przeczytam o Waszych typach:)
Bielenda 14zł/200ml - odkręcany słoiczek, może mniej higieniczny, ale dokładnie widać ile jest produktu i w jakim tempie ubywa.
(ceny podpatrzyłam na Wizażu, ponieważ nie pamiętam ile produkty dokładnie kosztowały)
Dostępność: drogerie Rossmann, Natura
Wydajność: duża
Lirene oferuje nam dwie wersje kolorystyczne: Cafe Latte dla jasnej karnacji i Cafe Mocha dla ciemnej. Używam tej drugiej (mam średnio jasny odcień skóry, opalam (a właściwie opalałam) się na kolor oliwkowy), dziewczynom z bardzo jasna skóra polecam zacząć od wersji dla jasnej karnacji.
Efekt - W obu przypadkach zauważalna opalenizna pojawia się już po 2 do 3 aplikacjach i utrzymuje się na skórze kilka dni. Schodzi równomiernie, w niezauważalny sposób. Oba balsamy nie pozostawiają na ciele smug. Widzicie, że zamierzony efekt można osiągnąć bardzo szybko. W przypadku LIRENE efekt jest bardzo naturalny! Przyjaciółki często zwracały uwagę na moja opaleniznę, podkreślając ze wygląda bardzo naturalnie. Opalenizna jaka pozostawia Bielenia jest dużo mniej atrakcyjna – niestety wpada lekko w pomarańczowe tony, co widać przede wszystkim na nogach.
Aplikacja i konsystencja- przy Lirene trzeba się trochę namachać, balsam dłużej się wsmarowuje i wymaga większego zaangażowania:) Bielenda natomiast ma idealną konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Niestety ma jedna istotną wadę - złote drobinki. Może nie należą do nachalnych, ale mi osobiście przeszkadzają, wołałabym żeby ich nie było.
Zapach- niezaprzeczalnym faworytem jest w tej kategorii Bielenia- nie wyczuwam charakterystycznej woni jaka towarzyszy produktom tej kategorii, a mój nos jest na to baaaardzo wrażliwy. Lirene radzi sobie trochę gorzej. Początkowo ma silnie kawowy zapach, który bardzo mi odpowiada. Jednak po godzinie zaczyna wychodzić lekki, ale wyczuwalny smrodek. Jest na tyle delikatny, że jestem w stanie go zaakceptować.
Skład i nawilżanie- niestety oba balsamy posiadają w swoim składzie parafinę. Lirene ma ją na drugim miejscu w składzie, a Bielenda na czwartym. Lirene nie nawilża skóry dostatecznie i po kilku dniach stosowania pozostawia ją lekko przesuszoną. Brązujący efekt zapewnia KAWA i BETA KAROTEN. Bielenda ma bogatszy skład. Znajdziemy tam masło kakaowe, olej macademia czy olej palmowy. Za przyciemnienie skory odpowiada m.in. wyciąg z ORZECHA WŁOSKIEGO. Bielenda odpowiednio nawilża co w tego typu kosmetykach jest rzadkością.
Podsumowanie: balsam od Bielendy to przyzwoity produkt z ładnym składem, dla osób bardzo wrażliwych na nieprzyjemną woń opalaczy. Nie zdetronizuje jednak Lirene, który gwarantuje piekną opaleniznę w krótkim czasie. Zużyłam już wiele opakowań co mówi samo za siebie. Z czystym sumieniem mogę polecić ten produkt!
Używacie balsamów brązujących? Chętnie przeczytam o Waszych typach:)



