poniedziałek, 24 września 2012

DIY: wcierka do skóry głowy



Od pewnego czasu zauważyłam u siebie wzmożone wypadanie włosów (zapewne spowodowane zmianą pory roku). Chodziłam nawet za sklepową wcierką, ale akurat nie mogłam trafić na te, którymi byłam zainteresowana. Wczoraj wieczorem wpadłam na pomysł ukręcenia sobie podobnego kosmetyku z półproduktów, które mam w domu. Zapraszam do zapoznania się z moją miksturą:)

Zależy mi przede wszystkim na opanowaniu wypadania włosów, wzmocnieniu ich i zagęszczeniu.

Mam nadzieję, ze moja receptura kogoś zainspiruje:)

  • Potrójny kwas hialuronowy 1,5% 2g
  • Niacynamid 3g
  • Hydrolizat keratyny 2g
  • Kolagen i elastyna 1g
  • D-Pantenol 0,5g
  • Aloes zatężony 10 krotnie 4g
  • Ekstrakt wzmacniający włosy 4g
  • Olej z linianki siewnej 5g
  • Mieszanka zielonej i białej herbaty do 100 gram
  • Emulgator SLP 1g
  • Kilka kropli konserwantu

Posiadam wagę więc ilości składników podaję w gramach. Dzięki niej cały proces wykonywania kosmetyku przebiega o wiele szybciej niż gdybym miała te ilości odmierzać w mililitrach. Mam także pewność, że wszystko jest dokładnie odmierzone. Taka waga kosztuje grosze a to naprawdę duże ułatwienie:)

Kilka słów o wybranych składnikach pod kątem ich wpływu na włosy i efektach jakich oczekuję:

Niacynamid – wpływa na stopień ukrwienia skóry, ma korzystne działanie na mikrokrążenie skórne, ogranicza nadmierne wypadanie włosów, może przyspieszać wzrost włosów.
Hydrolizat keratyny – wzmacnia i odbudowuje strukturę włosa.
Kolagen i elastyna - w tym przypadku interesuje mnie głównie ta druga, ponieważ wykazuje dużą zdolność pobudzania wzrostu włosów.
Aloes - nawilża, uelastycznia i wzmacnia włosy, zapobiega ich wypadaniu. 
Ekstrakt wzmacniający włosy – początkowo chciałam zrobić wcierkę na bazie alkoholu. Zrezygnowałam jednak ze względu na ten cenny produkt, który nie może być dodawany do wyrobów spirytusowych. Ekstrakt zawiera składniki o działaniu wzmacniającym włosy m.in., skrzyp, pokrzywę, proteiny jedwabiu, brazylijski żeń-szeń, i wiele wiele innych:)
Olej z linianki siewnej wybrałam dlatego, że jest lekki i łatwo go z włosów zmyć. Ponadto ochrania mieszki włosowe. Wydał mi się najodpowiedniejszy akurat z tych, którymi dysponuję.
Zdecydowałam się na mieszankę herbat zamiast zwykłej wody. Zielona herbata bogata jest przede wszystkim w witaminy z grupy B zapobiegające wypadaniu włosów. wzmacnia je i przyspiesza ich wzrost. Biała herbata natomiast chroni włosy przed promieniami UV i toksynami, wzmacnia cebulki włosów, zapobiegaj ich wypadaniu.
Dzięki D-pantenolowi włosy nabierają połysku, są gładsze i zdrowsze. 
Mój kwas hialuronowy posiada trzy rodzaje cząsteczek, z których jedna (LMW) znacząco wpływa na przyspieszenie wzrostu włosów.
Gdyby ktoś chciał skorzystać z przepisu polecam dać więcej SLP (do 2%) ponieważ lekko oddziela się faza olejowa od wodnej.

Zamierzam wcierać w skórę głowy na noc przed każdym myciem. Za ok miesiąc zdam relację:)

I to by było na tyle:) Jestem ciekawa Waszych sposobów na ograniczenie wypadania włosów.
Pozdrawiam!

niedziela, 16 września 2012

Opalenizna z tubki: Lirene vs. Bielenda


Jako typ zmarzlucha uwielbiam upały i wygrzewanie się w słońcu. Nigdy jednak nie zapominam o wysokiej ochronie przeciwsłonecznej;). Przebywanie na słońcu sprawia mi wiele radości i nie wyorałam sobie, że mogłabym z tego zrezygnować. Jednak czasy kiedy intensywność opalenizny świadczyła o udanym urlopie bezpowrotnie minęły, a spalona słońcem skóra jest po prostu tandetna. Zawsze lubiłam delikatną opaleniznę, efekt skóry muśniętej słońcem. Mimo to pod wpływem kilku lektur na temat czerniaka i szkodliwości promieni UV zdecydowałam się nie ryzykować swoim zdrowiem. Zwłaszcza, że podobny efekt mogę osiągnąć odpowiednimi kosmetykami. Zapraszam do recenzji dwóch balsamów brązujących: Lirene Body Arabica oraz Bielenda orzech&bursztyn.



Cena, pojemność i opakowanie: Lirene 12 zł/250 ml - opakowanie z wygodna klapką
Bielenda 14zł/200ml - odkręcany słoiczek, może mniej higieniczny, ale dokładnie widać ile jest produktu i w jakim tempie ubywa.
(ceny podpatrzyłam na Wizażu, ponieważ nie pamiętam ile produkty dokładnie kosztowały)

Dostępność: drogerie Rossmann, Natura

Wydajność: duża

Lirene oferuje nam dwie wersje kolorystyczne: Cafe Latte dla jasnej karnacji i Cafe Mocha dla ciemnej. Używam tej drugiej (mam średnio jasny odcień skóry, opalam (a właściwie opalałam) się na kolor oliwkowy), dziewczynom z bardzo jasna skóra polecam zacząć od wersji dla jasnej karnacji.

Efekt - W obu przypadkach zauważalna opalenizna pojawia się już po 2 do 3 aplikacjach i utrzymuje się na skórze kilka dni. Schodzi równomiernie, w niezauważalny sposób. Oba balsamy nie pozostawiają na ciele smug. Widzicie, że zamierzony efekt można osiągnąć bardzo szybko. W przypadku LIRENE efekt jest bardzo naturalny! Przyjaciółki często zwracały uwagę na moja opaleniznę, podkreślając ze wygląda bardzo naturalnie. Opalenizna jaka pozostawia Bielenia jest dużo mniej atrakcyjna – niestety wpada lekko w pomarańczowe tony, co widać przede wszystkim na nogach.

Aplikacja i konsystencja- przy Lirene trzeba się trochę namachać, balsam dłużej się wsmarowuje i wymaga większego zaangażowania:) Bielenda natomiast ma idealną konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Niestety ma jedna istotną wadę - złote drobinki. Może nie należą do nachalnych, ale mi osobiście przeszkadzają, wołałabym żeby ich nie było.

Zapach- niezaprzeczalnym faworytem jest w tej kategorii Bielenia- nie wyczuwam charakterystycznej woni jaka towarzyszy produktom tej kategorii, a mój nos jest na to baaaardzo wrażliwy. Lirene radzi sobie trochę gorzej. Początkowo ma silnie kawowy zapach, który bardzo mi odpowiada. Jednak po godzinie zaczyna wychodzić lekki, ale wyczuwalny smrodek. Jest na tyle delikatny, że jestem w stanie go zaakceptować.

Skład i nawilżanie- niestety oba balsamy posiadają w swoim składzie parafinę. Lirene ma ją na drugim miejscu w składzie, a Bielenda na czwartym. Lirene nie nawilża skóry dostatecznie i po kilku dniach stosowania pozostawia ją lekko przesuszoną. Brązujący efekt zapewnia KAWA i BETA KAROTEN. Bielenda ma bogatszy skład. Znajdziemy tam masło kakaowe, olej macademia czy olej palmowy. Za przyciemnienie skory odpowiada m.in. wyciąg z ORZECHA WŁOSKIEGO. Bielenda odpowiednio nawilża co w tego typu kosmetykach jest rzadkością.

Podsumowanie: balsam od Bielendy to przyzwoity produkt z ładnym składem, dla osób bardzo wrażliwych na nieprzyjemną woń opalaczy. Nie zdetronizuje jednak Lirene, który gwarantuje piekną opaleniznę w krótkim czasie. Zużyłam już wiele opakowań co mówi samo za siebie. Z czystym sumieniem mogę polecić ten produkt!

Używacie balsamów brązujących? Chętnie przeczytam o Waszych typach:)


sobota, 8 września 2012

Zużycia miesiąca, sierpień 2012


Ostatni tydzień spędziłam nad morzem, dlatego dopiero teraz masz czas wrzucić wpis z kosmetykami które udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu. Postaram się nadrobić zaległości w pisaniu, mam kilka pomysłów na nowe notki.

Przedstawiam Wam sześciu bohaterów tego postu wraz krótkimi recenzjami:
  1. Krem do rąk Kamill
    Moja tubka ma 30 ml i kupiłam ją do torebki. Krem szybko się wchłania, ładnie pachnie i przede wszystkim nie pozostawia na dłoniach żadnej klejącej warstewki. Nawilża, natłuszcza, chroni. Dobry produkt, kupiłabym ponownie, gdyby nie masa innych kremów które chce przetestować.

  2. Puder bambusowy z Biochemii Urody
    Posiadaczki tego pudru będą pewnie zdziwione jak udało mi się skończyć tak wydajny produkt:) Mam go co najmniej od roku i sporą odsypkę dostała mama. Teraz mam wersje wzbogaconą o puder jedwabny i zauważyłam dużą różnicę między nimi - nowy egzemplarz daje dużo większy komfort aplikacji, ponieważ jest bardziej jedwabny;). Dlatego nie kupię starej wersji ponownie. Cena pudru to ok. 15 zł

  3. Żel hialuronowy z Biochemii Urody, wzbogacony witaminą B5 i alantoiną
    Produkt, który nie wzbudził we mnie żadnych emocji ze względu na swoje neutralne działanie. Zniechęcił mnie trochę do tak zachwalanych kwasów HA. Dobrze ze dałam mu drugą szanse - zdecydowałam się na żel 1,5% i jestem nim oczarowana:). Tego z witaminą b5 i alantoiną nie kupię ponownie. Cena ok 17 zł/55ml

  4. Differin/ Differine (są różnymi nazwami tego samego leku), maść od dermatologa (na receptę).
    Maść starczyła na ok 3 lub 4 miesiące przy codziennym stosowaniu porcji wielkości groszku. Krem jest bardzo łagodny i tylko dwa razy przesuszył mi cerę, którą w ciągu kilku dni zdołałam doprowadzić do normy. Działa łagodnie (działa!). Nie powoduje rumienia czy widocznego łuszczenia się skóry. Differin ma substancje czynną adapalen, która działa podobnie do retinoidów - silniej przeciwzapalnie niż one i jest lepiej tolerowany. Nie zaobserwowałam wysypu zaraz po rozpoczęciu kuracji. Lek trzyma moja cerę w ryzach. Nowe zaskórniki nie powstają, stare powoli (bardzo powoli) zaczynają znikać. Rozjaśnia cerę, lekko ją napina. Nie wydaje mi się jednak żeby na razie mnie wyleczył, obawiam się, że gdy go odstawie problemy wrócą. Zużyję jeszcze kolejną tubkę i zobaczę co dalej. Cena całkiem rozsądna: waha się między 35 a 40 zł za tubkę 30 gramową (dostępna jest także opakowanie 15 gramowe). Trzeba pamiętać o filtrach UV podczas kuracji.

  5. Balsam brązujący Lirene
    To już moje któreś z kolei opakowanie i na pewno kupię ponownie kolejne egzemplarze. Temu kosmetykowi chce poświecić osobna recenzję, już niedługo:)

  6. Oliwka pielęgnacyjne Hipp
    To również moje kolejne opakowanie, przyjemny nienachalny zapach (nie drażni mnie tak jak mdły zapach oliwki Babydream, którą mimo tego bardzo lubię), szybko się wchłania, ma prościutki skład - olej słonecznikowy i olej z migdałów. Używam do mieszanki OCM, a także do pielęgnacji ciała. Kupię ponownie. Cena ok 15 zł/200ml/ Rossmann.

    Zainteresował Was któryś z tych produktów? 
    Pozdrawiam:)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Żel lniany - poskramiacz puchu!



Ostatnio zmagam się z problemem nadmiernie spuszonych włosów. Miałam kilka bad hair day z rzędu i byłam już bliska poddania się, ścięcia ich, odzyskania dobrego samopoczucia i nie przejmowania się więcej kwestią włosów. Nie poddałam się jednak, przeżyłam najgorszy okres zapuszczania włosów, przeżyję puch na głowie...
I wtedy z pomocą przyszedł ŻEL LNIANY - naturalny stylizator! To cudo okiełznało moje włosy.

Jak wykonałam żel:
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 szklanka wody
Gotowałam wszystko 10 minut (im dłużej gotujemy tym konsystencja będzie bardziej zwarta) mieszając od czasu do czasu. Przelałam lekko brązowy żel o raczej wodnistej konsystencji do opakowania. Zakonserwowałam oraz dodałam kilka kropli olejku eterycznego dla zwiększenia walorów zapachowych mikstury (zapach jest jednak dość dziwny...). Należy odstawić nasz żel na 12 godzin i trzymać go od tej chwili w lodówce. Można się obejść bez konserwantu, taki żel ma wtedy 2 tygodnie ważności. Następnego dnia pojawił się charakterystyczny glutek, który ciężko nabrać np. na łyżkę.

Po umyciu włosów i osuszeniu ich bawełniana koszulką, wcieram sporą ilość żelu we włosy na długości - mniej więcej od ucha w dół. Podpinam włosy z przodu twarzy i staram się ich nie dotykać aż do czasu ich wyschnięcia. Włosy po wyschnięciu będą lekko sklejone, ale tylko do momentu odciśnięcia żelu - robię to najczęściej bawełniana koszulka i wydaje mi się ze włosy mniej się mechacą niż przy użyciu gołej dłoni. Odgniatam włosy z pochylona do dołu głową, odciskając je od końców po nasadę. Gotowe! Dodatkowo zabezpieczam końcówki kropelką serum silikonowego Marionu.

Śluz zwarty w nasionach przede wszystkim nawilży, zmiękczy i wygładzi włosy. Nie powinien ich obciążyć i posklejać.
Polecam dziewczynom zmagającym się z nadmiernym puszeniem, żel działa cuda!

Trochę żelu można np. rozcieńczyć w wodzie i zrobić sobie lnianą płukankę, lub nałożyć na włosy w postaci maski a potem spłukać. Możliwości jest sporo i warto wypróbować, któryś ze sposobów.

Zdjęcia prezentujące moje włosy po zastosowaniu żelu. Robione są w sztucznym oświetleniu więc wyszły bardzo żółte. w rzeczywistości mam raczej chłodny odcień włosów - typowo słowiański


Chętnie poczytam o waszych sposobach walki o wygładzenie włosów:)


niedziela, 26 sierpnia 2012

DREAM FRESH 8-IN-1 BB CREAM od Maybelline - recenzja



Jakiś czas temu odwiedzając Rossmanna skusiłam się na kupno „BB cream-u” od Maybelline. Zauważyłam, że ostatnio wiele zachodnich marek na fali popularności azjatyckich BB creamów wypuściło na rynek swoje niezbyt wierne odpowiedniki.
Poniżej możecie zapoznać się z moją oceną, która nie ma na celu pokazania tego produktu na tle azjatyckich BB creamów, lecz jest jedynie subiektywną relacją z używania tego produktu przez około miesiąc.

Krem dostępny jest m.in w drogeriach Natura i Rosmmann. Możemy dostać go w 3 odcieniach. Za 30 ml produktu musimy zapłacić ok. 20 zł. Krem ważny jest 12 miesięcy od otwarcia.

Co obiecuje nam producent i jak to się ma do rzeczywistości:
  1. Efekt naturalnego rozświetlenia – fałsz. Cera świeci się w nieładny, nienaturalny sposób. Najgorsze ze tego pobłysku nie przykrywa nawet puder bambusowy. Próbowałam aplikacji pędzlem, a potem niezawodnego wciskania pudru wacikiem - nic to nie daje, cera w dalszym ciągu błyszczy się nieestetycznie.
  2. Wyrównanie kolorytu – produkt bardzo dobrze sobie z tym radzi. Wybrałam kolor light. Będzie pasował dziewczynom o średnio jasnej karnacji. Idealnie stapia się z cerą , jednak jego beżowy odcień bez żółtych tonów (które preferuję) daje lekko różowy efekt.
  3. Spf 30 – na plus!
  4. Nawilżanie przez cały dzień – czy nawilża trudno mi powiedzieć, ale na pewno nie wysusza i nie eksponuje suchych skórek.
  5. Koryguje niedoskonałości – nie wiem do końca jak tę dwuznaczność rozumieć. Nie kryje, jeśli o to producentowi chodzi, ale osoby bez większych zmian powinny być zadowolone z efektu. Czy koryguje? W sensie leczy? Niepokoi mnie Ethylhexyl Palmitate jako drugi w składzie – potencjalny zapychacz. U mnie (odpukać) na razie nic pojawiły się żadne nowe niespodzianki.
  6. Nietłusta formuła – niby konsystencja jest lekka i szybko się wchłania, ale twarz nieprzyjemnie się świeci (to bez wątpienia największa wada tego kremu)
  7. Widoczne wygładzeniezgadzam się. Zmarszczki i pory skóry są dużo mniej widoczne. Aplikacja jest prosta i przyjemna, a trwałość wyjątkowo długa (u mnie to ok. 6 – 8 godzin).
  8. Uczucie świeżości – mam wątpliwości, na pewno nie ma uczucia ciężkości, ale ten połysk...
Podsumowując:
Krem mogę polecić osobom nie mającym większych problemów z cerą, które liczą jedynie na wyrównanie kolorytu i ochronę przeciwsłoneczną. To taki zwykły kremem koloryzującym nazwany chwytliwie kremem BB. Byłby przyzwoity gdyby nie ten blask (wiem, powtarzam się) nie do zmatowienia. Nie do końca odpowiada mi też jego odcień. Ot, taki kosmetyk... nie kupię go ponownie, ponieważ pewnie będę chciała spróbować czegoś nowego.

odcień light. Odcień początkowo prezentuje się dość ciepło, jednak po stopieniu się ze skórą wydaje się lekko chłodny. 

Używałyście tego kremu lub innych tego typu? Co myślicie o tego typu wynalazkach? Pozdrawiam:)

wtorek, 14 sierpnia 2012

Laminowanie vs. płukanka miodowa


To pierwszy post o tematyce włosowej na moim blogu. Trochę dziwi mnie ta zwłoka, biorąc pod uwagę fakt, że na punkcie włosów mam niezłego fioła;)

Zacznę od scharakteryzowania moich włosów. Są wysokoporowate, niezniszczone ale suche, wykazują tendencję do falowania, ale potrafią być też proste. Raczej cienkie, ale jest ich dużo. Nie lubią się z proteinami. Jednym słowem ciężko mi je okiełznać.

Chce Wam pokazać jak wyglądały moje włosy po obu zabiegach- laminowaniu włosów żelatyną oraz płukance z miodem.
Zdaje sobie sprawę z tego, że przed moimi włosami jeszcze bardzo długa droga do osiągnięcia zadowalającego wyglądu- zarówno w ich długości jak i w jakości. zdjęcie z prawej robione telefonem komórkowym- trochę przekłamane kolory

Laminowanie wykonałam raz, pod wpływem ogólnego zachwytu w blogosferze. Metoda ta potwierdziła moje wcześniejsze podejrzenia- moje włosy z proteinami się nie lubią. (żelatyna = proteiny)
Przepis: łyżkę żelatyny rozpuściłam w 2 łyżkach wrzątku. Po ostudzeniu dodałam ok. łyżki maski (granat&aloes Alterry). Mieszanka dość szybko stężała więc musiałam rozpuszczać ją ponownie w łaźni wodnej.
Efekt: totalnie spuszone włosy! (mimo że punkt rosy tego dnia był optymalny i wynosił coś ok. 12 stopni wg tej strony)
na drugi dzień: włosy obciążone, bez życia, elektryzujące się (nowość!) + kosmyki przy twarzy dalej spuszone... Jednym słowem ta metoda nie jest dla mnie, a pokładałam w niej wielkie nadzieje:(

Płukanka z miodem
(Miód = humektant)
Stosowałam przez około miesiąc przy większości myć (myję co 2 dzień, czasem przetrzymam do 3)
Przepis: łyżeczkę miodu rozpuszczałam w 1 litrze ciepłej, przegotowanej wodzie, czekałam aż mieszanka ostygnie i polewałam nią włosy oraz skórę głowy przy ostatnim płukaniu.
Efekt: włosy nawilżone (polecam suchowłosym) ale nie obciążone, ciekawe efekty kolorystyczne, (mój odrost się lekko zaciera), płukanka podkreśla skręt, mocno nabłyszcza.
Jak na wysoką tendencję do puszenia się moich włosów- puszą się jednak mniej.
Polecam przetestować, zwłaszcza blondynkom, które chcą ocieplić swój kolor włosów.

Laminowałyście już włosy? Używacie płukanek? Chętnie dowiem się o Waszych typach:)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Moja pielęgnacja twarzy

Dzisiejszy wpis poświęcony jest mojej pielęgnacji cery. Zapraszam:)
W mojej obecnej pielęgnacji skóry twarzy dominują kosmetyki naturalne. Nie pamiętam dokładnie kiedy na nią przeszłam, nie było jakiegoś szczególnego momentu przełomowego- stopniowo wchodziły do mojej pielęgnacji aż wyparły drogeryjne kosmetyki. Wyjątkiem są filtry apteczne, z których nie rezygnuję, a które naładowane są wieloma paskudztwami. Niektóre z tych paskudztw jednak mi służą:) Do takich należą m.in. silikony zabezpieczające twarz przez niekorzystnymi warunkami pogodowymi. Są także dobrą bazą pod minerały- zapobiegają przesuszeniu, które kosmetyki mineralne powodują.
Jestem raczej minimalistką w kwestii ilości kosmetyków używanych jednocześnie. Wierzę w to, że tylko ich ograniczenie oraz długotrwale stosowanie jest w stanie dać nam pełen obraz ich wpływu na nasza cerę.
Moja cera należy do tych wymagających- łatwo ją przesuszyć a jednocześnie wykazuje dużą tendencja do zaskórników zamkniętych (w okolicy brody).

Poniżej to czego najczęściej i najsystematyczniej używam:

Oczyszczanie:
  • OCM + mydło z Aleppo
  • czasem żel Babydream

do OCM wróciłam dzięki temu postowi Italiany, spektakularne efekty jakie osiągnęła ponownie zachęciły mnie do tej metody. Ostrożniej niż za pierwszym razem dobieram do mieszanki oleje- lniany i oliwka Hipp, chce wprowadzić także słonecznikowy (bardzo niska komedogenność). Do tej pory nie zaobserwowałam nowych zaskórników.

  • raz w tygodniu maseczka z białej glinki i spiruliny

mydło z Aleppo i mieszanka OCM
Tonizowanie:
  • hydrolaty (ostatnio z rumianu szlachetnego, z zielonej herbaty, z pomarańczy, ze słodkich migdałów)
  • mleko- rano przecieram twarz wacikiem zwilżonym mlekiem. O stosowaniu mleka w pielęgnacji cery dowiedziałam się od Tuśki (klik).

Lekko ściąga skórę, bardzo mocno matowi . Zaobserwowałam też, że dzięki przetarciu twarzy mlekiem, moja twarzy po nałożeniu filtra, dużo mniej się świeci.
biała glinka, hydrolat z kwiatu pomarańczy
Odżywianie i nawilżanie:
  • oleje: obecnie testuję pachnotkę
  • masła: jojoba
  • kremy: Alterra z wyciągiem z dzikiej róży (pisałam o nim tu), Physiogel

Jojobę i Physiogel nakładam zawsze wtedy kiedy obserwuje ze moja cera domaga się czegoś bardziej treściwego. A na co dzień stosuję pachnotkę i lekki krem z Alterry.
kremy: Alterra, Physiogel; olejek z pachnotki i masło jojoba
Ochrona:
  • kremy z filtrami, obecnie Bioderma, AKN Mat 30 spf (niebawem recenzja)
  • dodatkowo własnej roboty, najprostsze serum z vit. C, o którym ostatnio zapominam:<
  • lecznicza maść od dermatologa - Differin
pusta buteleczka w której przechowuję ukręcone serum z vit. C, filtr Biodrmy, maść Differin

ze względu na kuracje dermatologiczną nie stosuję silniejszych peelingow mechanicznych ale dzięki OCM regularnie i delikatnie złuszczam martwy naskórek.

A jak wygląda wasza rutynowa pielęgnacja?